Dlaczego dzieci z pieczy wciąż muszą udowadniać swoją wartość?

Dla większości dzieciństwo kojarzy się z czasem beztroski, z budowaniem tożsamości w bezpiecznym środowisku i odkrywaniem świata. Niestety, dla tysięcy dzieci w Polsce, które z różnych przyczyn trafiają do pieczy zastępczej, rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Naturalny proces, w którym dziecko zdobywa zaufanie i uczy się samodzielności, zostaje gwałtownie przerwany. Poczucie straty rodzinnego środowiska i konieczność odnalezienia się w zupełnie nowej sytuacji to jednak nie jedyne przeszkody. Społeczeństwo, które teoretycznie powinno wspierać młode osoby w budowaniu ich życia, bardzo często dokłada im dodatkowy ciężar. Dzieci z pieczy dostają etykietę „dziecka z domu dziecka”, która jest prawie niemożliwa do zdjęcia.

Naznaczone tą łatką młode osoby muszą, oprócz zwykłych wyzwań dorastania, bez przerwy udowadniać, że nie są „gorsze”, „skazane na porażkę” czy „zepsute” – podczas gdy ich rówieśnicy z rodzin biologicznych mogą po prostu dorastać.

Dlaczego otoczenie tak reaguje?

Stygmatyzacja dzieci z pieczy to problem głęboko zakorzeniony w stereotypach, które kształtowały się przez lata. Wynikają one głównie z braku edukacji, a także ze szkodliwego przekonania „niedaleko pada jabłko od jabłoni”, które w kontekście dzieci po przejściach staje się narzędziem okrutnego i niesprawiedliwego szufladkowania. Społeczeństwo często z góry zakłada, że skoro dziecko pochodzi z rodziny dysfunkcyjnej, to automatycznie powieli szkodliwe schematy ze swojego domu. Traktuje się je nie jak czystą kartę, dziecko o takich samych możliwościach jak każde inne, ale jak potencjalne zagrożenie dla „mojego” dziecka.

Takie myślenie ignoruje zdobycze współczesnej psychologii i neurobiologii, które jasno wskazują, że to środowisko, w jakim dziecko dorasta – opieka, terapia, miłość – ma decydujący wpływ na jego rozwój, a nie biologiczne pochodzenie.

Jak to się przejawia w rzeczywistości?

Stygmatyzacja najczęściej ujawnia się w miejscach, które w teorii powinny służyć socjalizacji i nawiązywaniu relacji: w szkole, na podwórku, na placu zabaw. Wykluczenie ma zwykle charakter subtelny, ale bolesny.

Zdarza się, że rodzice zakazują swoim dzieciom bawić się z „dziećmi z domów dziecka” z obawy o zły wpływ na syna czy córkę. Mówimy tu o dziecku, które niczym nie zawiniło. Chce bawić się z kolegami jak każdy inny, ale nie może, bo dorosły ma o nim krzywdzące wyobrażenie, którego nie zamierza zmienić.

W społeczeństwie funkcjonuje coś, co można nazwać „krótkowzroczną tolerancją”: osoby, które mi przeszkadzają, mogą żyć, jak chcą, dopóki nie ingerują w moją codzienność. Dziecko z pieczy może chodzić do tej samej szkoły co dzieci z rodzin biologicznych, dopóki nie trafi do klasy „mojego” dziecka, bo wtedy nagle staje się zagrożeniem.

Dzieci potrafią być bezlitosne, ale ich zachowanie zazwyczaj jest kalką dorosłych. W efekcie wychowankowie pieczy rzadziej dostają zaproszenia na przyjęcia urodzinowe, częściej stają się obiektem plotek, wytykania palcami i niewybrednych żartów – na przykład o byciu „niechcianym”.

Jak stygmatyzacja odbija się na wychowankach pieczy?

Koszty ciągłego zderzania się z uprzedzeniami są ogromne i rzutują na całe dorosłe życie dziecka z pieczy. Nieustanne starcia z murem uprzedzeń prowadzą do zjawiska znanego jako „samospełniająca się przepowiednia”. Dziecko, które na każdym kroku słyszy, że jest niewystarczające, inne i gorsze, w końcu samo zaczyna w to wierzyć.

Zamiast wizji przyszłości, w której spełnia marzenia i realizuje pasje, pojawia się zaniżone poczucie własnej wartości i sprawczości. Dochodzi do tego wstyd za własną historię i pochodzenie, lęk przed bliskimi relacjami oraz zachowania opozycyjno-buntownicze, które mówią wprost: „macie mnie za złą osobę, więc taki właśnie będę”.

Tak stygmatyzacja tworzy błędne koło, które trudno przerwać nawet w najbardziej wspierających i kochających rodzinach zastępczych.

Co na to rodzice zastępczy?

Stygmatyzacja nie dotyka wyłącznie dzieci, ale też ich rodziców zastępczych i opiekunów z pieczy. Często stają się oni adwokatami swoich dzieci, bo na co dzień słyszą krzywdzące komentarze pod ich adresem. Muszą toczyć boje w szkołach, urzędach i przychodniach – tłumacząc specyfikę traumy wczesnodziecięcej, domagając się równego traktowania i udowadniając, że trudne zachowania ich podopiecznych wynikają ze skomplikowanych czynników, a nie ich „złej woli”.

Jak walczyć ze stygmatyzacją?

Zmiana społecznego postrzegania dzieci z pieczy zastępczej to proces wymagający czasu i edukacji. To, jak mówimy, kształtuje nasze myślenie, dlatego warto zrezygnować z określeń nacechowanych negatywnie w kontekście wychowanków pieczy. Zmiana narracji na taką, która szanuje godność dziecka, to pierwszy krok do zdjęcia stygmatu.

Kluczowe jest też szkolenie kadry pedagogicznej, aby potrafiła rozpoznawać mechanizmy traumy i nie oceniała dzieci z pieczy przez pryzmat stereotypów. Dzieci z pieczy nie potrzebują litości, która stawia je w pozycji ofiary i zakłada odmienność. Potrzebują równych szans, sprawiedliwego traktowania i mądrego wsparcia, które pomoże im w usamodzielnianiu się i spełnianiu marzeń.

Każdy z nas może wpłynąć na to, jak dzieci z pieczy są traktowane. Zaproszenie dziecka z rodziny zastępczej na wspólny obiad czy do zabawy, włączenie go w życie lokalnej społeczności, a czasem po prostu powstrzymanie się od oceniania – to gesty, które budują sprawiedliwe i otwarte środowisko, w którym każdy czuje się chciany.

Bo nikt nie powinien całe życie udowadniać, że zasługuje na miłość.